wtorek, 30 maja 2017

Rozdział XV

Na całe szczęście udało nam się uciec z Sensum Orbis, ale to wcale nie oznacza, że koszmar się skończył. Po wszystkim czułam się okropnie i jedyne, czego chciałam to szczera rozmowa z rodzicami. Niestety, okazało się, że wyjechali, a na pożegnanie zostawili mi tylko króciutki. Liścik. Nie wydaje mi się jednak, żeby to planowali – bałagan w ich gabinecie wskazywał raczej na ucieczkę. Seth nalegał, żeby ich szukać i żebym z powrotem zaczęła współpracować z OPF-em, a ja... być może zgodzę się na przynajmniej jedną z tych opcji.

Kiedy wspominam tamtą noc, pamiętam tylko niekończący się ciąg niewyraźnych i zagmatwanych obrazów. Za każdym razem, gdy przebudzałam się z i tak płytkiego snu, marzyłam tylko o tym, żeby w końcu wzeszło słońce. Przewracałam się z boku na bok, nie mogąc znaleźć się sobie miejsca. Było za gorąco, za ciasno, a pościel zdawała się mnie dusić. 
Niewiele pamiętam z tego, co dokładnie mi się śniło. Osoby i wydarzenia uciekały niczym małe chochliki, po czym chowały się w najdalszych zakamarkach umysłu, zostawiając po sobie jedynie uczucie. Byłam pewna, że moje sny dotyczyły marzeń – tych utraconych, których już nigdy się nie spełnią i tych, z których istnienia jeszcze nie zdawałam sobie sprawy. Doskwierała mi potrzeba działania. Po tym, co przeżyłam, nie chciałam dłużej siedzieć bezczynnie i tylko głupie przyzwyczajenia sprawiały, że wciąż leżałam w łóżku. 
Moje oczy napełniły się łzami, dlatego gniewnie podniosłam się do pozycji siedzącej. Postanowiłam wynieść się z pokoju i zostawić koszmary za sobą. Nie wiedząc, co innego mogłabym ze sobą zrobić, udałam się do gabinetu rodziców. 
Kiedy przechodziłam obok schodów, zauważyłam blade światło dochodzące z salonu. Przez myśl przeszło mi kilkanaście kompletnie idiotycznych i nierealnych scenariuszy – począwszy od zwykłych złodziei a skończywszy na… tych nie do końca zwykłych. Napięłam mięśnie i ostrożnie, najdelikatniej jak tylko potrafiłam, nastąpiłam na pierwszy stopień. Wychyliłam się zza barierki. 
Odetchnęłam z ulgą. 
Seth leżał na sofie i choć był obrócony w moją stronę, w ogóle mnie nie dostrzegał. Całą jego uwagę skupiał ekran telefonu, rzucający blask na trupiobladą twarz. Jego oczy błyszczały niczym gwiazdy, ale po chwili uświadomiłam sobie, że tym razem to nie ekscytacja była tego powodem, a łzy. Najwidoczniej nie tylko ja miałam ciężką noc. Wiedziałam, że nie powinnam w ten sposób naruszać jego prywatności, ale nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Nie czułam wyrzutów sumienia. Być może to dlatego, że cała scena wydawała się pochodzić z innej rzeczywistości – przypominała mi film wyświetlany przez kinowy projektor. 
Było w tym coś okropnie kojącego – spokój i intymność chwili sprawiały, że poczułam się jakby ktoś otulił mnie miękkim, puszystym kocem. 
Mogłabym tak stać i stać, ale gdy przeniosłam ciężar ciała z jednej nogi na drugą, podłoga pode mną zaskrzypiała cicho. Rzuciłam się do ucieczki, a gdy z powrotem znalazłam się w ciemności, nie byłam już pewna, czy to, co widziałam, zdarzyło się naprawdę. W końcu byłam niewyspana, bolała mnie głowa i piekły oczy, więc niewykluczone, że wszystko mi się przewidziało. Co prawda gdybym tylko wróciła na dół, mogłabym to sprawdzić, ale wolałam zostawić tę scenę słodką tajemnicą. 
Zresztą, czekały mnie inne zadania. Planowałam sprzątnąć gabinet, poukładać dokumenty i – z odrobiną szczęścia – dowiedzieć się czegoś, co mogłoby się przydać. Tego typu zajęcia od zawsze mnie uspokajały, a nade wszystko dawały poczucie, że mam kontrolę nad swoim życiem. 
Opanowanie. Organizacja. Rozsądek. To były trzy hasła, których od tamtej pory postanowiłam się trzymać, a wtedy wszystko powinno się ułożyć. 
Nie wiedziałam, od czego właściwie powinnam zacząć, więc usiadłam przy biurku i otworzyłam pierwszy lepszy segregator. Okazało się, że to głównie formalności związane z prowadzonymi przez rodziców sprawami, ale i tak dokładnie je przejrzałam. Marzyły mi się stare listy lub dzienniki, z których mogłabym dowiedzieć się czegoś więcej o ich tajemnicach, ale ze starej życiowej zasady wynikało, że natknę się na nie dopiero na samym końcu. 
Dom był dziwnie cichy. Pomimo że wiele razy zostawałam sama, tym razem czułam się dziwnie… samotna. Wyjeżdżając, rodzice zabrali nie tylko większość swoich rzeczy, ale także coś, czego wcześniej nie zauważałam, a czego na pewno będzie mi brakować – świadomość, że zawsze mogłam na nich liczyć.
Wskazówki przesuwały się w dziwnie nieregularnym tempie – wszystko zależało od tego, jakie dokumenty akurat przeglądałam. Musiałam przyznać, że niektóre historie związane z mniejszymi lub większymi gwiazdeczkami oraz z ich dziwacznymi wybrykami naprawdę mnie rozbawiły.
Nie zorientowałam się nawet, że w drzwiach stanął Seth. Nie wyglądał już jak zjawa – wręcz przeciwnie, był jak najbardziej realny i rzeczywisty. Przypomniałam sobie o naszym pocałunku i od roku poczułam się niezręcznie. Na szczęście miał za sobą dwa kubki i to na nich skupiłam swoją uwagę. 
– Skąd wiedziałeś, gdzie co leży? I jak włączyć ekspres?
Roześmiał się krótko, wywracając przy tym oczami. 
– Może i nie poszedłem do college’u i nie mam jakichś szczególnych ambicji, ale to akurat potrafię ogarnąć. – Postawił kubek na biurku. – Co tu w ogóle robisz?
Wzruszyłam ramionami. 
– Pomyślałam, że mogą tu być jakieś wskazówki. Coś, co mogłoby się przydać. Miałam nadzieję, że mi pomożesz – dodałam, niby od niechcenia, kiedy odkładałam kolejny folder na stos „tych nudnych i do niczego niepotrzebnych”. 
– Dobrze wiedzieć, że jednak nie jest ze mną tak źle. 
– O co ci chodzi?
– Pocałowałem cię. Ty zmieniasz zdanie. To mówi samo za siebie. 
– Zmieniłam zdanie, bo zmieniłam. Nic ci do tego.– Wzięłam głęboki oddech. – A jeśli coś robić, to robić to porządnie.
– Miło mi to słyszeć. Nie myśl sobie, że tego nie wykorzystam. 
– Mhm, nie wątpię. 
Cisza między nami niemiłosiernie mi ciążyła. Czułam, że należałoby coś powiedzieć, o czymś porozmawiać i choć miałabym całkiem długą listę tematów, nie do końca wiedziałam, jak ubrać w słowa wszystkie pytania i wątpliwości. Jak właściwie wygląda życie w OPF-ie? Co robicie? Jak to robicie? Ile jest takich ludzi jak wy? Byłam wściekła na siebie, bo choć to było ważne, bardziej nurtowało mnie jeszcze jedno: o co chodziło z wczorajszym pocałunkiem?
Ale o tą jedną rzecz, ponad wszystko, nie mogłam zapytać. Wyszłabym na idiotkę, małą głupiutką dziewczynkę, która wyobrażała sobie nie wiadomo co. A taką nie byłam i wcale sobie nic nie wyobrażałam – po prostu lubiłam wiedzieć, na czym stoję. Ale Seth by tego nie zrozumiał. 
Przyglądałam się kątem oka, jak wybiera segregator i siada z nim na podłodze, odgarniając to, co na niej leżało. Każdy jego gest był niedbały i nonszalancki, sprawiał wrażenie, jakby wszystko to robił od niechcenia – szczerze mówiąc, chyba nic mnie bardziej nie onieśmielało.
Jasne, były rzeczy, którymi przejmował się bardziej niż ktokolwiek inny na ziemi, za które był w stanie oddać życie. Nie wiedziałam dokładnie, czym były, ale zdawałam sobie sprawę z ich istnienia i w dodatku miałam na tyle rozumu w głowie, żeby nie łudzić się, że kiedyś stanę się jedną z nich. 
A jednak… Gdybym była bardziej stanowcza, bardziej… doświadczona, może umiałabym teraz poprowadzić tę rozmowę tak, jakby mi to odpowiadało. Żałowałam, że od zawsze unikałam wszelkich sytuacji, które w jakiś sposób mogłyby być dziwne czy krępujące. Będę musiała to zmienić, obiecałam sobie. Ale jeszcze nie teraz. 
Modliłam się, żeby to Seth przerwał głuchą ciszę między nami, przez którą nie byłam w stanie skupić się na właściwej sprawie. Przekładałam papiery z miejsca na miejsca, nie będąc pewną, co zawierały. I nagle, kiedy prawie zaczęłam krzyczeć z frustracji, moje modlitwy zostały wysłuchane. 
– Dlaczego właściwie chcesz ich znaleźć? 
– Nie… nie wydaje mi się, żebym powiedziała coś takiego – wymamrotałam, jednocześnie zadając sobie pytanie, na które powinnam odpowiedzieć już dawno temu: co, do cholery, jest ze mną nie tak?
– A co niby teraz robimy, hę?
– Teraz… szukamy czegoś, co pomogłoby mi to wszystko zrozumieć. Kim byli, dlaczego tacy byli… Może się mylę, ale chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie. A skoro nie mogą dać mi go osobiście, to wszystko, co mam. – Wskazałam bajzel dookoła nas. Życie najważniejszych osób w moim życiu, porozrzucane na setki kawałków. Znając ich, pewnie i tak zabrali ze sobą wszystko, co potrzebne. Przecież nie byli głupi – domyśliliby się, że nie zadowolę się tą głupią notatką. 
– Dokładnie, należy ci się wyjaśnienie. I to osobiste. Musisz ich szukać… DeeDee. – Seth przeszywał mnie wzrokiem. Poprawka, hipnotyzował mnie wzrokiem. A przynajmniej się starał, bo z dziwnych i kompletnie nie zrozumiałych dla mnie przyczyn, znalezienie państwa Masenów było jedno z tych spraw, na których mu zależało. 
– Co z tego jest dla ciebie, co? Dostajesz jakąś nagrodę, gdy przyniesiesz swojemu przełożonemu głowę złodzieja uczuć na srebrnej tacy? 
– Nie bądź niemądra! – Parsknął. – Ale jestem pewien, że Jej Wysokość Charlotte z pewnością ucieszyłaby się z takiego prezentu. Uważaj, bo Charlie jeszcze wpadnie na pomysł, żeby się jej przypodobać, a wtedy… – Przejechał palcem po gardle i wystawił język, udając martwego. Przewróciłam oczami, ale nie potrafiłam ukryć uśmiechu. – A o mnie się nie martw. Potrafię o siebie zadbać. 
Nie odpowiedziałam. Nie tylko dlatego, że nie chciałam się z nim kłócić, ale też sama do końca nie wiedziałam, co chciałam osiągnąć. Szukanie moich rodziców było kuszące, ale skąd mogłam wiedzieć, czy powinnam? Zaufać rozsądkowi własnych rodzicieli czy też chłopakowi poznanemu parę dni wcześniej? 
Miałam nadzieję, że los zdecyduje za mnie – i że zrobi to zanim będzie za późno. 

~*~
Szkolne życie wydawało mi się odmienione – mniej ważne, mniej istotne – choć usilnie starałam się przekonać damą siebie, że jest inaczej. Nie chciałam skończyć tak jak Seth i po otrzymaniu dyplomu błąkać się od jednego magazynu do drugiego, nie przejmując się zwolnieniem, jeśli opuszczę parę zmian. Bez żadnych ambicji i perspektyw na przyszłość. 
Musiałam iść na studia. 
Mimo to trudno było skupić się na lekcjach i wybiegać tak daleko w przyszłość, kiedy wciąż czekała mnie rozmowa z Rachel. Algebra, angielski, biologia… Lunch był coraz bliżej, a ja wciąż nie wiedziałam, co właściwie powinnam jej powiedzieć. A raczej – jak powinnam to zrobić. I kiedy w końcu usiadłyśmy przy wspólnym stole, głos uwiązł mi w gardle.
– Myślałam, że mnie tam rozniesie – skarżyła się Claire, zapełniając ciszę między nami. – Madame Belmont ewidentnie nigdy nie była na południu Francji. Zresztą, wątpię, żeby była gdziekolwiek we Francji albo chociażby w Kanadzie. „Claire, nie udawaj akcentu, które nie masz” – parodiowała nauczycielkę, przewracając oczami. – Tak jakby kiedykolwiek rozmawiała z kimś, kto od urodzenia mówi po francusku. 
Claire uwielbiała francuski. Kiedy była młodsza, co roku jeździła z rodziną na Lazurowe Wybrzeże i moim zdaniem, choć ekspertem nie byłam, znała ten język tak dobrze, jakby mieszkała we Francji od urodzenia. Zawsze dziwiło mnie, że Madame Belmot nie cierpi swojej najlepszej uczennicy – fakt, Claire lubiła zadzierać nosa i dość bezpośrednio wyrażała swoją opinię o programie nauczania, ale nikt w tej szkole nie potrafił mówić językiem miłości tak płynnie jak ona. 
– Mnie wystarczyłoby, gdybym umiała przynajmniej sklecić jedno poprawne zdanie. Zawsze jakimś cudem albo coś źle odmienię, albo pomieszam szyk – jęknęła Shelly. – Ale na szczęście George wspominał ostatnio, że zna francuski, więc może trochę się podszkolę. – Uśmiechnęła się do siebie, prawdopodobnie przywołując jakieś wspomnienie znane tylko jej.  
– Zabawne, że akurat tym postanowił się z tobą podzieli. Jakby to było ważne. – Gdy to zdanie przeszło mi przez myśl miało być… cóż, tylko myślą. Jedną z tych, które ułatwiają słuchanie rzeczy nudnych lub nieznośnych i które powinny pozostać tylko i wyłącznie naszą własną rozrywką. 
– O co ci chodzi? 
– Po prostu… zauważam, że z pewnością jest o wiele więcej rzeczy, których o nim nie wiesz, a może powinnaś.
– Nie twierdzę, że tak nie jest. – Rachel wzruszyła ramionami, a na jej ustach wciąż obecny był delikatny uśmiech. – Ale przecież nie muszę się tego wszystkiego dowiadywać od razu, prawda? Właściwie tak jest chyba nawet lepiej. Zawsze zostaje taka nutka tajemnicy… – Zachichotała. 
Wywróciłabym oczami, gdyby nie to, że wiedziałam, że muszę przerwać ten błogi proces zakochiwania się. I wcale nie byłam z tego zadowolona. 
– Święte słowa – wtrąciła Claire i odgarnęła niesforny kosmyk włosów. – Boże, ja i Josh znamy się tak dobrze, że czasem aż mnie to przeraża. Nawet byłabym mu wdzięczna, gdyby pewne fakty ze swojego życia zachowywał dla siebie. 
Przygryzłam wargę. Przez chwilę rozważałam przełożenie rozmowy z Rachel na później, kiedy zostaniemy same. Kochałam Claire jak siostrę, ale dopingowanie Shelly w tej kwestii nie było mi na rękę i… wstydź się przyznać, ale trochę obawiałam się jej reakcji. 
– Tę jedną rzecz powinnaś wiedzieć – powiedziałam, jednocześnie głośno wydychając powietrze. 
Żałowałam, że wcześniej nie skonsultowałam się ze Sethem i nie dopytałam, co właściwie mogłam jej wyjawić. Ale skoro chciałam być taką Zosią-samosią, to musiałam poradzić sobie z konsekwencjami. 
– No więc tak… George nie do końca jest tym, za kogo się podaje. Tak naprawdę na imię ma Philip i jest niebezpieczny. Nie powinnaś utrzymywać z nim kontaktu. 
Rachel zamrugała kilkakrotnie, prawdopodobnie nie dowierzając temu, co powiedziałam. Zresztą, nie spodziewałam się niczego innego. Powinna się na mnie porządnie wkurzyć i niemalże widziałam, jak walczy ze sobą, żeby tego nie robić. Taka właśnie była Shelly. 
Claire stanowiła jej zupełne przeciwieństwo. 
– Co ty, kurwa, masz na myśli? – warknęła cicho i nachyliła się nad stołem, aby na pewno nikt nie usłyszał. – Może jakieś konkrety?
– George… Philip należy do czegoś w rodzaju… sekty. – Wypowiedziałam to słowo niemal z ulgą. Byłam zadowolona, że udało mi się znaleźć wytłumaczenie, które nie wymagało wtajemniczenia je w sprawy paranormalne, a jednocześnie nie było czystym kłamstwem. – Tak, sekty. Tak jak mówiłam, oni… są bardzo niebezpieczni i jeśli nie odetniesz się od niego, to może stać się coś złego.
– A skąd ty to niby wiesz?
– Wczoraj, kiedy wracałam do domu, spotkałam go. I on, tak jakby, chciał mnie do nich… zaciągnąć. – Mówiłam powoli, dokładnie ważąc każde słowo. – Mógł mnie zabić. Mówił o tobie. Mówił, że jesteś naiwna i głupia, że mu we wszystko uwierzyłaś i… powiedział, że jesteś tylko zabawką. 
Shelly ukryła twarz w dłoniach i pokręciła głową. Siedziała po drugiej stronie stołu, więc nie mogłam jej przytulić, dlatego tylko wyciągnęłam rękę i poklepałam ją po ramieniu. Znała Philipa tylko parę dni, ale ta znajomość znaczyła dla niej o wiele więcej niż tylko zwykły romans. Była symbolem wolności i buntu wobec rodziców, zmiany na lepsze. 
Tak bardzo nie chciałam jej tego odbierać, a jednocześnie cieszyłam się, że udało mi się jej przekonać.
– I co się stało potem? – dopytywała Claire, tym razem już łagodniejszym tonem.
– Potem… uratował mnie Seth. 
Nagle Rachel uniosła głowę i wymieniła z Claire znaczące spojrzenia. Dziwnie się czułam, kiedy moje dwie przyjaciółki prowadziły tę niemą rozmowę beze mnie. Przygryzłam wargę z obawy, że właśnie coś zepsułam. 
– Teraz wszystko jasne – wyszeptała Rachel i uśmiechnęła się do siebie, tylko po to, żeby na chwilę znowu spoważnieć. – My też chciałyśmy o czymś z tobą porozmawiać. A właściwie o kimś. O Secie. Claire…
– Przejmuję to. Spoko. – Claire odchrząknęła i odgarnęła włosy z czoła. – Obiecaj, że nie weźmiesz tego do siebie. 
– Okej, obiecuję. Ale naprawdę wolałabym nie odchodzić od tematu. 
– Nie martw. Nie odchodzimy aż tak daleko. Wydaje nam się… A właściwie teraz jesteśmy już pewne, że to Seth może należeć do sekty. 
Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale mi przerwała.
– Przyjechał po ciebie po szkole, chociaż nie mówiłaś mu gdzie się uczysz. Potem zniknęłaś z nim na tej imprezie i zaczęłaś spotykać się z nim popołudniami. Zaczął odsuwać cię od twojego towarzystwa, a teraz zmyślił jeszcze tę historyjkę o chłopaku Shelly. Nie mów, że nie wydało ci się dziwnie.
Wywróciłam oczami. 
– Jeszcze nie skończyłam – skarciła mnie surowo. – Odkąd go tylko zobaczyłam, wiedziałam, że coś jest nie tak. To jego malowidło… – Claire ze wstrętem pokręciła głową i zmarszczyła nos. – Jasny znak przynależności do jakiejś podejrzanej grupy. Wyguglowałyśmy to. Co prawda nie znalazłyśmy nic… Jakby to powiedzieć?
– Sensownego? – podpowiedziałam. 
– Oczywistego – odpowiedziała Rachel z uśmiechem lekarza w zakładzie psychiatrycznym. Łagodny i uspokajający, a jednak nie do końca odpowiedni do sytuacji. – To musi być coś nowego, bo nie ma oficjalnej nazwy ani nic takiego. Przynajmniej nie w Internecie.
– Ale za to dokopałyśmy się do różnych legend i historii z przeszłości. Okazuje się, że ten znak był wykorzystywany przez ludzi, którzy w pierwszych stuleciach naszej ery dokonywali masowych mordów na wyznawcach lokalnych bóstw odpowiedzialnych ze sferę ludzkich uczuć. Jeśli w tym momencie nie zapala ci się w głowie czerwone światełko, to nie wiem, co z tobą jest nie tak. 
– Tu nie chodzi o Setha. To Philip mnie zaatakował. 
Choć to idiotyczne, żałowałam, że nie miałam żadnych ran lub siniaków, które posłużyłyby mi za dowód. 
– Nie wiemy tego na pewno – zaczęła Claire. – Może sobie to wymyśliłaś, żeby rozdzielić Rachel z jej chłopakiem?
– Och, a więc to oficjalnie jej chłopak? – prychnęłam. – Nieważne. O czym my w ogóle rozmawiamy? Przecież powiedziałam wam, jak było. Powinnyście mi uwierzyć!
– Ciszej, DeeDee! – jęknęła Rachel, nerwowo rozglądają się dookoła. Nie lubiła, kiedy ludzie zwracali na nią uwagę. – To nie jest kwestia wiary czy niewiary. Chodzi nam tylko o to, że możesz być pod złym wpływem… Czy twoi rodzice wiedzą o Secie?
Czułam, że łzy napływają mi do oczu, a policzki robią się czerwone, ale ze wszystkich możliwości szkolna stołówka była najgorszym miejscem na rozklejanie się. Zagryzłam więc zęby i wzięłam kilka głębokich oddechów. 
Wmawiałam sobie, ze nie zależy mi na życiu Rachel i że jeśli chce, może sobie zginąć z rąk Philipa. Dlaczego miałabym starać się sprawić, żeby uwierzyły w moją wersję, skoro Shelly sama na siebie to sprowadza? Czy nie miałam dość własnych problemów?
Szkoda, że nigdy nie byłam dobrą kłamczuchą.
– Właściwie mogłabym o to samo zapytać ciebie – powiedziałam lodowatym tonem. – Założę się, że twoi nie mają pojęcia o Philipe, George’u czy jak tam go sobie nazywasz. I myślę, że gdyby się dowiedzieli, zgodziliby się ze mną. 
– Nawet tak sobie nie żartuj! – wykrzyknęła Rachel. – Czy ty wiesz, co oni by mi zrobili, gdyby się dowiedzieli? Boże, przysięgnij, że nigdy…
– Wcale nie żartowałam – przerwałam jej. – Twój „chłopak” – zakreśliłam w powietrzu cudzysłów – naprawdę jest niebezpieczny. Lepiej będzie, jeśli mi uwierzysz. 
Po tych słowach wyszłam ze stołówki. Potem wyszłam ze szkoły. A potem jechałam przed siebie zatłoczonymi ulicami i niechętnie musiałam przyznać rację Sethowi.
Wagary to wcale nie taki zły pomysł. 


Tak długa przerwa zdecydowanie nie pomaga w pisaniu. Odzwyczaiłam się od tego i choć tworzyłam ten rozdział w bólach to dobrze jest wrócić. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

Jak zawsze pozdrawiam i dziękuję wszystkim, którzy czytają :*